Polowania komercyjne dla zagranicznych turystów organizują zarówno koła łowieckie w dzierżawionych obwodach, jak i Lasy Państwowe, które zarządzają własnymi Ośrodkami Hodowli Zwierzyny. Sprzedaje się pobyt, transport, opiekę przewodnika, „emocje” i trofeum. Tyle że najważniejszym punktem programu nie jest krajobraz. Jest nim możliwość zabicia zwierzęcia.
W badaniu More in Common Polska, opublikowanym w maju 2026 roku, 78 procent badanych uznało, że polowania dla rozrywki powinny być zakazane.1 Pod hasłem „UWAGA POLOWANIE! Zmieńmy prawo łowieckie. Na dobre” powstała obywatelska inicjatywa ustawodawcza, która proponuje między innymi zakończenie komercyjnej sprzedaży polowań.2
Nie mówimy przy tym o marginesie. Z danych zebranych z komend wojewódzkich policji wynika, że w 2025 roku zgłoszono 2917 polowań z udziałem cudzoziemców. Ostrożny szacunek daje co najmniej 12 tysięcy zagranicznych myśliwych; starsze wyliczenia mówiły nawet o 25–30 tysiącach rocznie.3 Jednocześnie Najwyższa Izba Kontroli już wcześniej wskazywała, że działalność biur polowań nie podlega realnej kontroli żadnego organu państwa.4
„Zwykła turystyka”
Gdy tylko pojawia się pomysł ograniczenia tego niezwykle dochodowego biznesu, natychmiast wraca ten sam przekaz dnia: przecież nie dzieje się nic nadzwyczajnego.
„Sam jeżdżę na takie polowania do Słowacji, więc nic dziwnego, że turyści przyjeżdżają i do Polski”.
„To przecież nic innego jak zwykła turystyka. Zagraniczni myśliwi przyjeżdżają do Polski ze względu na świetne łowiska i piękną przyrodę, polscy myśliwi podróżują, aby polować w Szwecji, Kanadzie czy krajach afrykańskich”.
No cóż. Jeżeli jest to „zwykła turystyka”, a ludzie, których hobby polega na zabijaniu zwierząt, są gotowi wydać tysiące euro, by zapolować dalej od domu — Polacy w Szwecji, Szwedzi w Polsce — to co zostaje z mitu o „społecznej pracy myśliwych”, którzy z dobrego serca bronią polskich rolników przed „zwierzyną” zjadającą kukurydzę?
Ten mit ma też drugą wersję. Państwo rzekomo narzuca myśliwym plany łowieckie i każe wypłacać odszkodowania rolnikom, jak gdyby członkowie PZŁ zostali do tej służby przymusowo wcieleni. Ale bez względu na to, którą opowieść wybierzemy — wolontariat z troski o rolnictwo czy przymusową służbę krajowi — płacenie własnych pieniędzy po to, by troszczyć się o cudze rolnictwo albo pełnić tę „służbę” w innym państwie, brzmi po prostu nielogicznie.
Albo mówimy o koniecznej, lokalnej interwencji, albo o przenośnym produkcie rekreacyjnym. Nie o jednym i drugim naraz.
Cennik nie używa eufemizmów
Oficjalna oferta cenowa Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Gdańsku, obowiązująca od 1 kwietnia 2026 roku, nazywa rzeczy wprost: „organizacja polowania”, „opłata za postrzelenie”, „opłata za trofeum”.6
Urzędowy słownik rynku: usługa, postrzelenie, trofeum.
To nie są złośliwe parafrazy przeciwników łowiectwa. To język urzędowego cennika. Nie ma w nim „bezinteresownej służby”. Jest usługa, stawka, postrzelenie i część ciała wyceniana na wadze.
Ubój, który dziwnym trafem nie jest turystyką
Czasem pada jeszcze argument, że myśliwi po prostu dokonują uboju zwierząt, żeby potem zjeść ich mięso. Zróbmy więc mały eksperyment. Skorzystajmy z wyobraźni — albo z wyszukiwarki — i poszukajmy oferty wyjazdów turystycznych dla miłośników uboju domowego.
Na branżowych portalach bez trudu znajdziemy mapy ubojni drobiu. Żadna nie reklamuje jednak weekendu w „świetnie zarządzanej, pięknej polskiej ubojni” z gwarantowaną możliwością własnoręcznego zabicia określonej liczby ptaków i zabraniem ich części do domu na pamiątkę. Nie ma specjalistycznych biur podróży, które organizowałyby takie atrakcje.
Może więc turyści jeżdżą na Bałkany albo do Turcji, by osobiście dokonywać uboju? Nawet czeska oferta pobytu połączonego z tradycyjnym świniobiciem przewiduje przyjazd miejscowego rzeźnika. Goście mogą jeść, pić, patrzeć i uczestniczyć w biesiadzie. Głównego aktu nie kupują dla siebie.8
W ubojni zabicie prowadzi do uzyskania mięsa. W polowaniu komercyjnym klient płaci właśnie za to, by zabić osobiście.
Mięso może być późniejszym skutkiem. Przeżycie, strzał i trofeum są produktem.
Turystyka strażacka, której nie ma
Spójrzmy na służbę naprawdę społeczną. Druhowie Ochotniczych Straży Pożarnych ratują ludzi, zwierzęta i dobytek przed ogniem, pomagają podczas wypadków drogowych i wielu innych zagrożeń. Działają lokalnie, dlatego często są na miejscu szybciej niż służby zawodowe.
Czy istnieje zorganizowana turystyka strażacka, w której płaci się duże pieniądze za urlop w innym kraju, aby właśnie tam gasić pożary — zwłaszcza gdy we własnej okolicy chwilowo brakuje odpowiednio widowiskowych płomieni? Nie chodzi o międzynarodowe akcje ratownicze ani szkolenia. Udziału w katastrofie nie kupuje się w biurze podróży.
Strażak może czerpać satysfakcję z dobrze wykonanej służby. To jednak coś zupełnie innego niż przyjemność z samego istnienia pożaru. Gdyby ktoś potrzebował coraz większych pożarów po to, by przeżywać coraz mocniejsze emocje, przestalibyśmy mówić o służbie. I właśnie tutaj analogia z „pracą społeczną” myśliwych rozpada się ostatecznie.
Po drugiej stronie formularza jest zwierzę
Wracamy więc do prawdziwego rdzenia turystyki łowieckiej: klient chce sam doprowadzić do śmierci zwierzęcia i jest gotów za tę możliwość zapłacić. Oferta może być opakowana w piękno lasu, tradycję, hotel, kolację i opowieść o gospodarce. Ale bez strzału traci sens ekonomiczny.
Dlatego, gdy w pobliskim lesie nie ma już wystarczająco „atrakcyjnego okazu”, można wyjąć z kieszeni kilka tysięcy euro i pojechać choćby do Słowacji. Najlepiej po jelenia z okazałym porożem, którego preparowane części zawisną później na ścianie. Na safari w Kanadzie czy Afryce nie stać każdego, lecz polowanie na sarnę pod Łodzią można znaleźć w państwowym portalu rezerwacyjnym. W 2026 roku formularz pozwalał wybrać zwierzę, obwód, termin i liczbę uczestników, a następnie wysłać „zapytanie o polowanie”.9
Interfejs jest spokojny, urzędowy, niemal hotelowy.Po drugiej stronie formularza znajduje się żywe zwierzę.
Gdy safari chce „więcej adrenaliny”
A kiedy komuś przestają wystarczać sarny, dziki i klasyczne safari, pojawia się pytanie o następną granicę. W listopadzie 2025 roku RaiNews opisał śledztwo prokuratury w Mediolanie, wszczęte po zawiadomieniu dotyczącym tak zwanego „Sarajevo Safari”. Według relacji i zarzutów będących przedmiotem postępowania zamożni cudzoziemcy mieli podczas oblężenia Sarajewa płacić za możliwość strzelania do cywilów z pozycji wojskowych. W zawiadomieniu sugerowano, że organizatorów należałoby szukać między innymi wśród agencji, które na co dzień urządzały wyjazdy myśliwskie na „grubą zwierzynę”, a zwykła wyprawa łowiecka mogła służyć jako przykrycie transportu grup do Belgradu.10
Takie są na razie zarzuty i relacje badane przez prokuraturę. Oczywiście nie twierdzę, że od każdego polowania dewizowego prowadzi prosta droga do zbrodni wojennej. Twierdzę coś skromniejszego, lecz niewygodnego: gdy zabijanie zostaje opakowane w usługę turystyczną, rynek zaczyna sprzedawać kolejne poziomy intensywności — rzadsze zwierzę, większe poroże, dalszy kraj, mocniejsze emocje. W skrajnych relacjach z oblężonego Sarajewa pojawia się już nie zwierzę, lecz człowiek jako ostateczne „trofeum”. To właśnie dlatego eufemizm „zwykła turystyka” nie powinien uspokajać. Powinien alarmować.
Nazwijmy produkt po imieniu
Nie każdy myśliwy jest turystą trofealnym. Nie każde działanie związane z dzikimi zwierzętami jest rozrywką. Czasem państwo rzeczywiście musi reagować na konkretne zagrożenie i ponosić za tę decyzję pełną odpowiedzialność.
Ale turystyka nie potrzebuje ofiary. Służba społeczna nie wycenia trofeum według masy. Koniecznej interwencji nie wybiera się w katalogu według gatunku, terminu i atrakcyjności poroża.
Jeżeli centralnym punktem programu jest śmierć zwierzęcia, nie sprzedaje się „pięknej przyrody”. Sprzedaje się możliwość zabicia. Las, hotel, kolacja i sygnał z rogu są tylko opakowaniem.